Mało nas do pieczenia chleba
2006-09-24
...Tylko nam, tylko nam / Ciebie tu potrzeba! Już kiedyś (na innych łamach) pisałem o nadciągającej katastrofie, która starą i wypierającą się chrześcijańskiej tożsamości Europę pogrąży w chaosie.
Neobarbarzyńska inwazja już się zaczęła, choć w Polsce trudno to dostrzec. Trzeba w tym miejscu docenić trud propagatorów politycznej poprawności, piewców wielokulturowości i braterstwa ludzi wszelkich kolorów skóry: nałożyli nam na nos różowe okulary. Barwa ładniejsza, ale obraz rozmyty niczym u impresjonistów.
Czytam właśnie esej pióra Elisabeth Rosenthal z wydawanej w Paryżu International Herald Tribune – „Wschód i Zachód Europy walczy ze spadającym wskaźnikiem urodzeń”. Główna teza opiera się na zimnych wskaźnikach statystycznych: W Czechach, Słowenii, na Łotwie i w Polsce mamy najniższy w świecie wskaźnik urodzeń (birthrates) na poziomie 1,2. Tymczasem demografowie uważają za pożądany i optymalny model 2,1, co oznacza ponad dwoje dzieci w rodzinie. Zapewnia to minimalną reprodukcję prostą i zastępstwo pokoleń, pożądane tak ze względów ideowych jak ekonomicznych. Rosenthal mówi, że Europa Wschodnia może się zmienić w wielki azyl emerytów, na utrzymanie którego nie będzie stać zbyt małej populacji pracujących.
Na Zachodzie jest niewiele lepiej, bo już 15 krajów plasuje się ze swymi wskaźnikami poniżej 1,4. Wyjątkiem jest Francja (1,8) ale dziennikarka nie wyjaśnia, że rodziny wielodzietne to domena „Maghrebiens”, jak nad Sekwaną określa się muzułmańskich imigrantów. Na alarm bije też Rosja, która boryka się z takimi samymi problemami, choć przyczyny zmniejszania się populacji są bardziej złożone. Tamtejsza specyfika to nieznane w innych krajach rozwiniętych obniżanie się wieku umieralności mężczyzn, topiących stres w alkoholu.
Demografia pozwala lepiej zrozumieć problemy socjalne naszej części kontynentu. Ostatnie rozruchy w Budapeszcie były spowodowane typową dla lewicy redystrybucją dochodu narodowego, nie mającą się nijak do wypracowanych dóbr materialnych. Przełożone na zwykły język, oznacza to polityczne rozdawnictwo pożyczonych pieniędzy. Długi obciążą przyszłe pokolenia, a tych – jak wskazują demografowie – może nie być. Podobne dążenia kierują koalicjantami naszego rządu, którzy postulują wyrwanie z dna „budżetowej kotwicy”. Tak to się właśnie zaczyna: najpierw 2-3 miliardy na podniesienie emerytur czy pensji nauczycieli, potem – w obliczu rosnącej inflacji i deficytu – pożegnanie z ideą reformy finansów publicznych, wprowadzenia zawodowego wojska i wejścia do strefy euro. Przez pewien czas można kłamać, jak czynił to gabinet premiera Giurcsany’ego, ukrywając przed publicznością zapaść finansów publicznych.
Nie jest moim zadaniem uprawianie antysocjalistycznej propagandy, bo dawno już pożegnałem się ze złudzeniami zaniku tej formacji i ostatecznego zwycięstwa idei konserwatywno-liberalnej. Świat nie jest doskonały, dlatego obdarzony głosem lud wybiera najczęściej nie tak jak powinien. Dojrzałe demokracje świetnie wiedzą, że nastroje elektoratu to zwyczajne wahadło. Gdy drożeje czynsz, benzyna, papierosy, wódka i w ogóle wszystko, zaś płace stoją w miejscu, trzeba dać szansę budowniczym dobrobytu. Po pewnym czasie widać realny wzrost, który trzeba przejeść i przepić dopuszczając do władzy socjalistów.
Wróćmy jednak do demografów, kreślących czarny obraz przyszłości. Czy nasza starość to skazanie na łaskę opryskliwych pielęgniarek w państwowych umieralniach, albo samotne zmaganie ze wszystkimi problemami życia, bo nie dorobiliśmy się potomstwa? Już dziś w wielkich miastach europejskich bez drugiej połowy mieszka nawet 40% ludzi młodego i średniego pokolenia. Z każdym rokiem chętniej przyjmują pomocną dłoń przybyszów zza Morza Śródziemnego i dalszych rejonów globu. Wiemy dobrze, że oni nigdy już do rodzinnych stron nie powrócą. Chętnie zabiorą się do pieczenia chleba, choć ten może mieć kształt zapomnianego podpłomyka. Dużo nas, dużo nas / Do pieczenia chleba, / Więc już nam, więc już nam / Ciebie tu nie trzeba!
ryszardbaranowski@poczta.onet.pl
(tekst za Tygodnikiem 7 Dni)